Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dysfazja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dysfazja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Bilingwalny dysfatyk



Nasz maluch chodzi już ponad dwa miesiące do przedszkola w Niemczech. Potrafi liczyć po niemiecku i robi to automatycznie, gdy tylko musi coś policzyć np. przy graniu w „chińczyka”. Wydaje się, że tak jak wszystkie dzieci w sposób naturalny nabywa język. Jednakże słowa niemieckie wymawia niewyraźnie, jak dużo młodsze dziecko. Gubi końcówki, nie wymawia głosek, aczkolwiek wie co mówi i jak to ma brzmieć. Wyraźnie widać, że rozróżnia oba języki.
Jeśli chodzi o mówienie po polsku, to słyszę wyraźne pogorszenie wymowy. Dziecko nie tylko opuszcza niewygodne dla niego głoski, ale nawet powrócił do zniekształcania słów. Na przykład zamiast zimne mówi „dime”. Nie chodzi jeszcze do logopedy, gdyż w Niemczech do logopedy skierowanie daje lekarz i to trochę trwa. 

Rozpatrując emocjonalne przejście z Polski na emigrację, mały jest w stanie tylko powiedzieć, że jest bardzo daleko, przyjechał z bardzo daleka, i kładzie nacisk na słowo „bardzo”. Potrafi się poskarżyć, że Jan mu powiedział, że jest głupi. Jednak trzeba przyznać, że już chętnie chodzi do przedszkola.Ze sporym zdziwieniem reaguje na wszelkie moje wypowiedzi w języku niemieckim. Jednakże po jakimś czasie przestał się uważnie przysłuchiwać, a zaczął się chętnie uczyć ze mną wierszyka.

niedziela, 30 sierpnia 2015

SZEŚCIOLATKI DO SZKOŁY



Moją największą obawą, jeśli chodzi o rozwój naszego małego emigranta było przekonanie, że w Niemczech dzieci idą do szkoły w wieku sześciu lat, co miałoby miejsce za rok. Nie jestem pewna, czy dziecko opanowałoby język niemiecki w takim czasie, ze względu na swoją dysfunkcję. Wiem, że dzieci szybko się uczą języków od innych dzieci, ale nasz malec ma jednak pewne trudności w tym zakresie. 

Stąd też moje zainteresowanie tematem a informacji zasięgnęłam u znajomych niemieckich nauczycielek. W Niemczech dzieci idą do szkoły w różnym wieku w zależności od landu. Zazwyczaj dzieci urodzone do połowy roku idą do szkoły jako sześciolatki, a te urodzone po połowie idą w następnym roku. Niektóre landy przesuwały granicę obowiązku szkolnego na coraz młodsze dzieci, ale zauważono, że nie są one jeszcze dostatecznie dojrzałe do tego, aby zacząć naukę w szkole. Land, w którym mieszka nasz maluch, określił wiek dziecka na sześć lat i sześć miesięcy, więc jako urodzony w lipcu, czyli po połowie roku, pójdzie do szkoły w Niemczech przepisowo jako siedmiolatek. 

Podobno we Francji do szkoły chodzą dzieci od trzeciego roku życia, bo tam nie ma przedszkola. Nie ryzykowałabym jednak stwierdzenia, że francuskie dzieci są inteligentniejsze od polskich. Analizując dokładnie sprawę wieku, w którym dzieci idą do szkoły, doszłam do wniosku, że to nie wiek, a to czego się dziecko ma nauczyć jest ważne. Ja poszłam do szkoły jako sześciolatek, po badaniu psychologiczno-pedagogicznym. Dokładnie miałam sześć lat i siedem miesięcy. Mój syn poszedł do szkoły programowo ze swoim rocznikiem jako siedmiolatek, ale będąc urodzonym w końcu grudnia, miał de facto sześć lat i osiem miesięcy. 

Nie jest ważne to, w jakim wieku dziecko idzie do szkoły, a to czego i w jaki sposób się uczy. Nie wiem czy pani Halinka, która uczyła dziecko od maluchów i ma autorytet wśród dzieci, gorzej nauczy dzieci w przedszkolu liczyć i czytać niż pani Ela ze szkoły. Na pewno dzieci mają inne środowisko do nauki, w pierwszym przypadku sala z dywanem i zabawkami, w drugim klasa z ławkami. Metody nauczania na pewno są podobne. Od dojrzałości i usposobienia dziecka zależy, czy będzie się czuło lepiej w szkole, czy w przedszkolu i należy rozpatrywać każdy przypadek indywidualnie.
Rozmawiając z matką dziecka chodzącego do szkoły Waldorffa w Zagłębiu Ruhry w Niemczech, ze zdumieniem dowiedziałam się, że jej dziecko dziesięcioletnie nie potrafi liczyć (mnożyć, dzielić, dodawać i odejmować) bo w szkole nie miało jeszcze takich zajęć z matematyki. Dzieci nie były zainteresowane tym tematem. W końcu takie są zalecenia neurodydaktyki, dzieci mają być zainteresowane i chcieć się uczyć.  Z drugiej strony można postawić moją koleżankę, która zaprowadziła na dodatkowe zajęcia z matematyki swoją czteroletnią córkę (niestety nie została przyjęta, bo nie potrafiła jeszcze pisać). Nasuwa się tutaj kilka wniosków. Po pierwsze, nauka to nie wyścig. Po drugie, rodzic wie najlepiej na co stać jego pociechę i sam musi wybrać pomiędzy swoją ambicją a dobrem dziecka. I po trzecie, nauka ma dzieciom sprawić przyjemność i przynieść efekty w postaci nabytych umiejętności, które im się przydadzą w życiu/rozwoju.
Inną sprawą jest rosnąca ilość uczniów ze zdiagnozowanym ADHD lub deficytem koncentracji. Z całą pewnością jest to efekt współczesnego wychowania dzieci, które spędzają coraz więcej czasu przed komputerem. Może należy się zastanowić nad tym, czy wpychanie ich w ramy szkolnego „ rygoru” przypadkiem w jeszcze większym stopniu ich nie unieruchomi i czy nie zwiększy się ilość uczniów z deficytami uwagi.
Wracając do naszego malucha, na razie przedszkole nie jest jego ulubionym miejscem, pomimo tego, że jest niemieckie, porządne, dostosowane do dzieci, grupa ośmioosobowa a sala do zabawy przestronniejsza niż ta w Polsce, sala z gokartami i piłeczkami do dyspozycji w przypadku zimnej i deszczowej pogody. Dziecko nawet nie wymawia tego wyrazu, mówi że chodzi do „Kinder”. Nauka jest ściśle związana z emocjami. Jeśli są negatywne, jak w tym przypadku, będzie mu ciężko opanować język.

środa, 26 sierpnia 2015

DYSFAZJA NA EMIGRACJI



W czasie pierwszych  czterech tygodni pobytu za granicą dziecko nie miało zbyt dużo możliwości do spotykania rówieśników. Dzielnica jest zamieszkała głównie przez emerytów i nie ma zbyt wiele dzieci w okolicy.
Całe zamieszanie związane z przeprowadzką i urządzaniem nowego mieszkania spowodowało, że dziecko nie ćwiczyło zbyt dużo głosek syczących. W efekcie wydaje się, że mówi bardzo niewyraźnie wymawiając słowa bardzo szeleszcząco np. pomoszy – pomocy, osza – osa, terasz –teraz, paszysz – patrzysz, szeba – trzeba, szynioszłem – przyniosłem, sionkasz – ściągasz,  take szoś -  takie coś, ja si pojem – ja ci powiem. Z drugiej strony muszę zauważyć, że rodzice w ogóle nie widzą żadnej zmiany. Dla nich dziecko mówi zrozumiale, więc byli zdziwieni moimi uwagami i jeszcze raz się okazało, że jednak regularne ćwiczenia mowy są podstawą.
Inne dosyć charakterystyczne dla małego słowa to:
Titiziol –telewizor
Tekaj – czekaj
Foje – twoje
Chziaposiąg – chodź na pociąg (jest wymawiane jako jedno słowo)
Wuolel – rower
Dimo –zimno
Otolyć – otworzyć
Śmieci się – zmieści sie
Lebondo – nie wolno
Dzi – drzwi
Basia – babcia
Makmił – macqueen
Siuna – chmura
Wspominałam już o własnych nazwach, które dziecko nadało kilku przedmiotom i pozwoliliśmy mu na używanie ich. Jedną z nich były taptaki, czyli nożyczki. W czasie ostatniej wizyty mały, który uwielbia ciąć, poprosił o noszynki, co nie zostało przez nas zrozumiane. Powtórzył kilka razy, aż wreszcie wrócił do swojej nazwy „daj mi taptaki”. Czasami mam wrażenie, że ten pięciolatek jest bardziej zainteresowany rozwojem i poprawą swojej mowy, niż jego dorośli rodzice.
Dzieci uczą się najlepiej w czasie zabawy. Mogłam to zauważyć w czasie zabaw małego z czteroletnią sąsiadką. Dzieci huśtały się na huśtawce i wykrzykiwały słowa, które ja im mówiłam. Myślę, że uczenie poprawnej wymowy w interakcji z innymi dziećmi i w środowisku naturalnym dla dziecka powinno być częścią terapii logopedycznej. Dziecko samo w gabinecie z dorosłą osobą zachowuje się uważniej i inaczej niż w codziennym życiu. Poniżej link do artykułu o tej  tematyce.

sobota, 4 kwietnia 2015

Logopedyczne zabawy dla dzieci



Na ostatniej wizycie u pani logopedy dowiedziałam się, że aby zoptymalizować efekty ćwiczeń, dziecko należy posadzić po swojej lewej stronie, aby mówić do jego prawego ucha, gdyż to właśnie lewa półkula mózgowa jest odpowiedzialna za mowę.
Zabawa, którą pani logopeda pokazała małemu, polegała na ułożeniu trzech obrazków w rzędzie i nazwaniu ich np.: dzwonek, lizak, znaki, a następnie zakryła ilustracje kartką. Mały miał powtórzyć z pamięci słowa. Załapał o co chodzi już w drugiej kolejce, a za trzecim razem pamiętał już dokładnie wszystkie słowa i był nawet w stanie wskazać, gdzie co leży.
Gra „Detektyw słów” to najbardziej skomplikowana rzecz do wytłumaczenia małemu. Dosyć kiepsko mi to wychodziło i sygnalizowałam problem kilka razy pani logopedzie, ale albo mały dojrzał do gry, albo pani logopeda wymyśliła lepszą taktykę. Taktyka polegała na tym, aby słowa bardzo mocno zniekształcać. Minęło co najmniej 15 minut, zanim mały domyślił się o co chodzi. Jednak przy mocno zniekształconym słowie, dziecko, chociaż bez pewności, jest w stanie określić, które słowo jest błędne.
DETEKTYW SŁÓW: gra polega na wstawieniu podobnego słowa w miejsce właściwego np.: Na śniadanie zjadłam dwie półki. Czy dobrze powiedziałam?
Nasz maluch kiwał głową, że dobrze za każdym razem, nawet po wskazaniu błędu przez dorosłego i wytłumaczeniu różnicy w znaczeniu, nie był w stanie usłyszeć różnicy pomiędzy słowem „półka” i „bułka”. Dopiero znaczne zniekształcenie słowa, aż do stopnia niezrozumiałości, spowodowało, że maluch był w stanie usłyszeć różnicę pomiędzy słowami. „Uważam na kizna” (znaki); „Jadę łantobusem” (autobusem), „Kocyk robi miau” (kotek).
Maluch bardzo lubi śpiewać i uczyć się wierszyków. Lubi też udawać, że czyta książeczki, chętnie dowiaduje się jak nazywają się literki, których jeszcze nie zna. Będziemy się uczyć nowych piosenek i rymowanek z serii Miś i Margolcia, których uczyły się jeszcze moje dzieci.
Powoli zaczynam uświadamiać dziecko, że istnieją inne języki. Zaczęliśmy od oglądania bajek edukacyjnych w języku obcym, takich jak „Baby Beetles”, ale maluch nie chce dopuścić do swojej świadomości innych języków. Nie chciał uznać „Good morning” za „Dzień dobry”. Do końca bajeczki mówił, że to nie jest „Dzień dobry”. Wydaje się, że nie nabrał jeszcze pewności co do znaczenia słów w języku polskim, więc słowa w języku obcym to dla niego zbyt wiele.

poniedziałek, 23 marca 2015

KTO NIE IDZIE DO PRZODU, TEN SIĘ COFA



Od czasu kiedy mały został oduczony od smoczka pije dużo mniej i to głównie przez słomkę. Nie wchodzą w grę żadne kubeczki niekapki, jedyne co toleruje to butelki z zamknięciem jak w płynie do naczyń bądź słomki. Nie jest w stanie napić się samodzielnie i wystarczająco dużo ze zwykłego kubka. Wydaje się, że problemem jest słabe napięcie mięśni żuchwy. Trenujemy dmuchanie i gimnastykę buzi i języka, ale gdy tylko na jakiś czas przerywamy ćwiczenia, powraca ślinienie się i pogarsza się jakość wypowiadanych słów. Ostatnio często się nam zdarzało „nie ćwiczyć” bo maluch w sezonie jesienno-zimowym zaliczył cztery zapalenia oskrzeli i dwa zapalenia płuc.

Zaczęliśmy słuchać przez duże słuchawki gongów tybetańskich. Wbrew moim obawom, dziecko grzecznie leżało ze słuchawkami przez ponad 15 minut, potem zasnęło. Przez pierwsze pięć minut co chwilę dopytywał się czy to pomoże, aczkolwiek trudno mu chyba było zrozumieć odpowiedź przez założone słuchawki. Powtórzyć grzecznego leżenia ze słuchawkami i muzyką niestety się nie udało. Zdarza mu się poleżeć przez kilka minut, a potem marudzi, że tego nie lubi. 
https://www.youtube.com/watch?v=44wPWF4rn44 

Nie można powiedzieć, że słowo, które dziecko powtarza jest dla niego łatwiejsze do wymówienia. Jeśli mówi klosę zamiast plosę, to moim zdaniem nie ułatwia sobie wymowy. Wydaje się, że stara się dokładnie powtórzyć to, co słyszy, a nie tak jak mu to zrobić najłatwiej. To pozwala wysunąć hipotezę, że przyczyną tego może być nieprawidłowy proces przetwarzania bodźców w mózgu.

Sunek –sznurek

Ploklon –popcorn

Jugi –drugi

Populko –podwórko (ewolucja słowa z papulko)

Kodłelka- kołderka

Ja to łezmę –  ja to wezmę

Będę wuchał zapałke – będę dmuchał zapałkę

Jając –zając

Oboce – owoce

Jabułko - jabłko

Zbonek -dzwonek

Patyczek do chua – do ucha

Fagłat –kwadrat

Ścigigówa –wyścigówa

Tnosek - czosnek
Dziecko, gdy nie rozumie poszczególnych słów, powtarza je jako jedno słowo, Maksilubi – Max i Ruby,Patitot – Pat i kot.




Bardzo niepokoi mnie nieprawidłowa składnia jaką stosuje dziecko. Jego błędy przypominają błędy językowe jego dyslektycznego taty. Zawsze zmieniał kolejność słów w zdaniu, wierszyku czy powiedzeniu. Teraz robi to nasz maluch: „nic nie stało się”, „ja nie boje się” lub w wierszyku: „Proszę państwa, oto miś, miś jest dzisiaj grzeczny, chętnie państwu poda łapę, chce podać, a to szkoda”, „jedzie pociąg z daleka …. Pełno ludzi wszędzie jest”

Jednakże widać też jakiś minimalny postęp w rozwoju słownictwa, otóż maluch stworzył swoje następne własne słowo, które stosuje w określonych sytuacjach do nazywania ludzi: „ty belelutki” bądź „ ty mały belelutki”. Innym przykładem może być Piotruś z kart, który przez dziecko został nazwany Kapsielem, i nie przyjmuje do wiadomości nazwy Piotruś. Został więc Kapsiel, chociaż widzę, że jest słabo zrozumiałe dla niego, że osoba, która ma Kapsiela przegrywa.


Zawsze byłam zdania, że gry planszowe i towarzyskie pomagają dzieciom w poznawaniu zasad społecznych i reguł panujących w społeczeństwie. Nasz maluch jest typowym chłopcem, interesującym się techniką i gadżetami. Potrafi grać na tablecie i laptopie, wyszukać piosenki na stronie you tube, otworzyć sobie grę na smartfonie. Z równym zainteresowaniem i energią gra ze mną w Piotrusia, domino i memory. Namiętnie tworzy fantazyjne budowle z klocków lego. Z taką samą werwą bawi się kartonowym tangramem, układając nie tylko wzorki z instrukcji, ale też sam wymyśla nowe figury, a także każe zgadywać co ułożył. Można pomyśleć, że mając do dyspozycji osiągnięcia techniki nie zechce się bawić prostymi kartonikami, ale widzę, że traktuje gry „sprawiedliwie” i jest w stanie chętnie odłożyć drogi gadżet po to, aby pobawić się z kimś zabawką za parę złotych.